-ść, -cydy, -cja i inne końcówki

Wciąż niewiele Polaków może sobie pozwolić na kupowanie ekologicznej żywności pomimo tego, że jesteśmy jednym z krajów o największym udziale powierzchni gospodarstw ekologicznych w Europie (według danych z 2012 r. jesteśmy trzeci w UE!). Nasze rolnictwo w ogóle nie ma się tak źle w porównaniu do innych krajów zachodnich. Aczkolwiek jesteśmy narażeni na zjadanie środków ochrony roślin nie tylko z polskich gospodarstw, ale i z zagranicznych, bo importujemy ogrom produktów (sam sprawdź – idź do kuchni i przeglądnij wszystkie produkty, które mają jeszcze oryginalne opakowanie, a jutro zapytaj pani w warzywniaku, które produkty są z Polski).

O szkodliwości pestycydów, herbicydów, fungicydów i innych -cydów

Co oznaczają te śmieszne słówka? Pestycydy zwalczają wszystko, co niszczy zbiory i należą do nich np. fungicydy, które chronią przed grzybami oraz herbicydy zabijające chwasty. Brzmi pięknie i szlachetnie, ale w rzeczywistości tak nie jest. Te substancje zabijają inne organizmy i nam też nie fundują SPA. Najbardziej narażeni są rolnicy – zatrucia, zmiany skórne, choroby układu oddechowego, nerwowego czy hormonalnego, a nawet nowotwory to wcale nie rzadkie przypadki. I chociaż my nie pracujemy na polu, to i tak jesteśmy narażeni na te substancje, bo regularnie je przyjmujemy – codziennie sumiennie swoją dawkę. Pogarszają one nasze alergie, uczulenia i cichutko wpływają na każdy nasz układ.

Istnieje coś takiego jak karencja. To śmieszne słówko oznacza okres, jaki musi upłynąć od opryskiwania danym środkiem do zbiorów. Teoretycznie ma to pomóc, żeby środka było mniej, gdy będziemy go jeść.
Tylko jest jeden problem – rośliny nie robią kupy ani siku. Co to oznacza? Że całe to świństwo, które pobiorą do środka przechowują skrzętnie w specjalnych strukturach zwanych wodniczkami czy wakuolami. Dlatego też nie lubimy sałaty, która rosła koło drogi.

Co jeszcze?

Jeżeli zajrzymy do obory lub kurnika, to złapiemy się za głowę. Głównie dlatego, że nie znajdziemy tam zwierząt. Obecnie są one hodowane w wielki salach i faszerowane tym, co się pod rękę nawinie.

Hormony

Po co podaje się zwierzakom hormony? No żeby nam pięknie rosły, grube i z dużym biustem. A my te hormony też zjadamy. I mimo że nie wyszczególniono jednostki chorobowej „zaburzenia hormonalne na tle kurczaków”, to efekty widać w zaburzeniach płodności, cyklów u kobiet czy po prostu naszego rozwoju.

Antybiotyki

Przy tak dużym stłoczeniu zwierząt w jednym miejscu powinny one padać jak muchy. Logiczne – jak jesteśmy w szkole, na dworcu czy w pracy, to jest większa szansa, że się zarazimy jakimś świństwem, niż siedząc samemu w domu. Dlatego żeby nie umierały dziesiątkami, podaje im się zapobiegawczo antybiotyki, które dodatkowo stymulują wzrost.
Jak my idziemy do lekarza, to oczekujemy, że przepisze nam antybiotyk w OSTATECZNOŚCI. Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że każdy antybiotyk zabija naszą cenną mikroflorę bakteryjną, a po drugie każde użycie antybiotyku oznacza szansę, że gdzieś tam narodzi się bakteria, która będzie oporna na ten antybiotyk = brak leku na daną chorobę.
Mechanizm jest dokładnie taki sam, gdy antybiotyki wstrzykuje się zwierzętom. Obecnie głośno się mówi o tym problemie, ale hodowcy się zastrzegają, że to były tylko konieczne przypadki…

Kumulacja

Skoro krowa była hodowana na genetycznie modyfikowanej soi opryskanej litrami pestycydów, to krowa ma trochę tych pestycydów w swoim organizmie. Część zdetoksykuje jej wątroba, część wysika, ale część zostanie w mięsie – i uwaga – w mleku! A jeżeli jemy opryskanego pomidora, to pomyślmy ile takich „pomidorów” zjadła ta krowa w swoim życiu i ile innych substancji razem z nim.

O gospodarstwach ekologicznych

Co to właściwie znaczy? W Polsce posiadamy taki znaczek, o:

który dostają tylko produkty z certyfikowanych gospodarstw. Żeby dostać taki certyfikat, trzeba spełnić oczywiście kilka warunków. Oto i one:

  • tylko naturalne nawozy, czyli: gnojówka (przefermentowane siku zwierzątek), gnojowica (przefermentowane siku i kupa), obornik (to, co leży na podłodze w oborze: siku, kupa i ściółka), guano (kupa ptaków morskich), łajno (kupa krowy, konia etc.) oraz kompost (rozłożone odpadki roślin, czasami zwierząt);
  • muszą dbać o żyzność gleby, czyli jej nie wyjaławiać, a robi się to przez tzw. płodozmian, czyli wysiewanie różnych roślinek z roku na rok na tym samym polu oraz dzięki roślinom motylkowym, żyjącymi w przyjaźni z bakteriami brodawkowymi, które pracują w branży produkcji i dystrybucji azotu;
  • naśladować naturalne procesy zachodzące w środowisku;
  • chwasty plewią ręcznie lub jakąś maszyną – zero środków;
  • w ogóle nie stosować środków ochrony, o których pisałam wyżej;
  • zwierzęta karmią własną paszą i pozwalają im biegać latem po polu, a i zimą mają mieć możliwość pohasać;
  • zakaz GMO.

Rolnictwo zrównoważone

Istnieje też coś takiego, a polega ono na ograniczeniu nawożenia nienaturalnymi nawozami i stosowaniu płodozmianu. Tyle, że nie mam pojęcia skąd, jako konsument, mogę się dowiedzieć, że ten produkt jest z takiego gospodarstwa…

Co jeśli nie mogę sobie pozwolić na eko produkty?

Nie ukrywajmy – ekożywność jest nie raz pierońsko droga. Przede wszystkim mięso bije rekordy, co jest zrozumiałe i logiczne – potrzeba dużo mniej wody, energii, pracy i pożywienia żeby wyhodować fasolę niż do hodowli krowy czy kurczaka. Dlatego weganie i wegetarianie mają zawsze taniej. Sorry. Czasami jednak produkty nie są dużo droższe, bo np. ich uprawianie nie wymaga z natury zbyt wiele wysiłku, nie atakują go robale ani grzyby.

Co kupować ekologicznego?

Najlepiej kupować ekologiczne to, co w wersji nieeko jest najbardziej skażone. I niestety jest to właśnie mięso, nabiał i jaja.  O eko jajka już nie trudno w sklepach, ale również ludzie nawzajem sprzedają sobie „jajko ze wsi” (od niecertyfikowanych, ale zaufanych ludzi). Pamiętajmy tylko, że jajka również często zjadamy w gotowych produktach, jak ciasta, makarony, desery – dlatego warto je robić samemu.
O ekologiczny nabiał trudniej, choć można spotkać ekologiczne mleko w wielu (nawet małych) sklepach. I z takiego mleka można sobie samemu zrobić jogurt, kefir czy twaróg. W sery warto inwestować dobrej jakości, regionalne czy z małych firm (coraz więcej powstaje takich w Polsce).
Z mięsem najtrudniej. Nie dość, że najdroższe, to jeszcze najgorzej z dostępnością. Najczęściej sprawdza się kupowanie „ze wsi” dużych ilości i mrożenie, aczkolwiek sklepy ekologiczne czasami prowadzą sprzedaż na zamówienie.

Ale zanim rzucicie klawiaturą, krzycząc wiązankę przekleństw, poczytajcie dalej.

Jak zhakować system?

Nie zawsze trzeba kupować coś eko, by jeść mniej przemysłowego syfu. Oto kilka rad:

1. Nie jedz wędlin.
Nie dość, że samo mięso jest zanieczyszczone, to jeszcze w procesie obróbki dostało porządny zastrzyk chemii. Zamiast tego zrób sobie pasztet czy pieczoną/gotowaną szynkę w domu, a najlepiej jedz mięso tylko w porze obiadowej.

2. Jedz mniej mięsa, nabiału i jaj.
Nasze zachodnie społeczeństwo jest przebiałczone. Jemy zdecydowanie za dużo białka. Zresztą zerknijmy: na śniadanie kanapka z szynką i serem albo jajecznica, a do tego kawa z mlekiem, na obiad kotlet czy inny kawałek mięsa, po drodze ciasto na jajkach czy sernik i na kolację znowu jakaś wędlina czy ser. To zdecydowanie za dużo.
Dla przeciętnego człowieka wystarczy ok. 85 g mięsa dziennie (masa przed ugotowaniem). A do tego 2 szklanki mleka lub jakiegoś jogurtu, kefiru czy kawałeczek sera wystarczą. Poza tym warto robić sobie dni, gdy nie zjemy mięsa, a rybę (2 razy w tygodniu) czy warzywa + ewentualnie jajko czy nabiał. MY NAPRAWDĘ NIE POTRZEBUJEMY TYLE MIĘSA. Nadmiar białka też jest niezdrowy. Nie mówiąc o tłuszczach nasyconych, które przy okazji jemy.

3. Jedz sezonowo.
Warzywa i owoce, które kupiłeś w sezonie potrzebowały znacznie mniej opryskiwania żeby dojrzeć lub żeby zostać tu przywiezione. Ten pomidor zimą nie pachnie pomidorem, serio.

4. Jedz lokalnie.
Kupuj produkty z Polski, a najlepiej Twojej okolicy – też potrzebowały mniej zabiegów zanim dotarły na Twój talerz. Poza tym wspierasz polskie gospodarstwa. A produkty egzotyczne kupuj rzadko, zaś cytrusy niewoskowane.

5. Kupuj tylko w sezonie i w miarę możliwości ekologiczne produkty z tzw. „dirty dozen” (brudnego tuzina), czyli najbardziej zanieczyszczonych warzyw i owoców:

  • truskawki
  • jabłka
  • nektarynki
  • brzoskwinie
  • seler naciowy
  • winogrona
  • wiśnie
  • szpinak
  • pomidory
  • papryka
  • pomidorki koktajlowe
  • ogórki
  • oraz rozszerzoną o ostre papryczki i zieleninę typu jarmuż

Tak, nie jemy sałatki greckiej zimą. Jemy wtedy przeciery, kiszonki i inne przetwory.

6. Wypatruj promocji.
Moje osobiste doświadczenie mówi, że często można wyczaić produkty ekologiczne tanio (i wcale nie dlatego, że są przeterminowane). Czasami warto tam zajrzeć.

 7. Rób samemu jogurty, kefiry i twaróg ze sprawdzonego mleka, które dorwiesz.

8. Nie jedz przetworzonej żywności.
Rób jak najwięcej od zera sam w domu – ciasta, zupy, pizze, sosy… Wtedy masz wpływa na to, co tam trafia.

 

W każdym razie, to Ty masz wpływ na to, czy w Polsce będzie rozwijać się rolnictwo bardziej przyjazne naszemu zdrowiu. A wyboru dokonujesz poprzez każdy zakup każdego dnia.

A wiecie co? Chociaż nas na razie marka „eko” kosztuje, to w gruncie rzeczy obliczenia pokazują, że ekorolnictwo jest tańsze niż przemysłowe! I w ramach ciekawostki Wam powiem, że policzono, że na Filipinach koszty zdrowotne związane z używaniem pestycydów (wizyty u lekarza i wydatki na lekarstwa) są wyższe niż wartość zbiorów, które dzięki ich stosowaniu zostały uchronione przed szkodami.

No.

 

Źródła:
„Zrównoważony rozwój – w stronę życia w harmonii z przyrodą” Jan Berdo
http://www.minrol.gov.pl/

Dodaj komentarz

Powiadom o
avatar
wpDiscuz